Adasiowe Niebo - Kapelania Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie

Uniwersytecki Szpital Dziecięcy
w Krakowie
pw. NMP Nieustającej Pomocy
Rzymskokatolicka Kapelania
Przejdź do treści

Adasiowe Niebo

Artykuły / wywiady > B. Leszczyńska
 
ADASIOWE NIEBO
 
Pawełek, Adaś, Magda, Ola, Krzyś… Szybko odklejałam z próbówek wypisane na taśmie imiona dzieci. Badania krwi. − Maluchy bardzo się tego bały, więc jak tylko mogłam, byłam wtedy przy nich. Zabieg powtarzano często, to było konieczne. Dzieci z lękiem wyciągały rączki, by igła mogła przekłuć kolejny paluszek.  „Dziś może ten, bo inne bardzo się boją” − słyszałam nieraz, jak mówiły do pielęgniarki. – Po chwili lęk mijał. Po buzi spływały łzy. „Trochę bolało, ale u cioci na kolanach jakby mniej” − pocieszał mnie zawsze Piotruś, widząc, że boję się tak samo, jak on.
 
Ostatnie dwie probówki przypomniały mi o Karolince i Tomku. Dobrze pamiętam te dzieci. Tomek na oddziale chirurgii był już dziewiąty raz, choć miał dopiero kilka lat. Szczęściem w szpitalu była obecność przy nim jego mamy. Tego szczęścia brakowało maleńkiej Karolince z nefrologii, która zawsze, gdy przychodziłam, powtarzała z tęsknotą tylko dwa słowa: „mama idzie”, ale mama nie przychodziła, czasem jedynie babcia. Podobnie było z Adasiem… Chłopczyk długo już chorował, przyzwyczaił się więc do szpitalnych cioć i wujków, i choć miał dopiero cztery lata, pocieszał Karolinkę: „Nie bój się, mama przyjdzie, przecież cię kocha” − mówił z przekonaniem. Jego promienny uśmiech udzielał się wszystkim, nawet najbardziej smutnym i chorym dzieciom. Odwiedzałam go często. Dokładnie wiedział, o której przychodzę i zawsze czekał przy drzwiach…. Nigdy nie płakał, ale gdy tylko mógł, pierwszy zajmował miejsce na moich kolanach i mocno się przytulał… Widziałam, że bardzo tęsknił…
 
Jednak pewnego dnia, gdy przyszłam, Adaś nie czekał. Zaniepokojona zajrzałam do sali. Chłopczyk leżał w swoim łóżeczku z podłączoną kroplówką. Był sam. Myślałam, że śpi, ale gdy tylko podeszłam bliżej, otworzył oczy i wyciągnął rączkę. Uśmiechnął się, ale nic nie mówił. Moją rękę przytulił do swojej twarzyczki. Pytałam go o coś, ale nic nie odpowiadał, jakby mnie nie słyszał. Czułam się tak bardzo mała przy tym cierpieniu, które nie znajduje żadnych słów. Patrzyłam na niego tak, jakbym widziała Małego Cierpiącego Jezusa. To było niezwykłe uczucie. Adaś milczał… Tylko mała rączka „zamykająca” mocno mój palec mówiła mi, że nie wolno go teraz opuścić. Po chwili zamknął oczy, myślałam, że usnął, ale gdy delikatnie próbowałam zabrać rękę, poczułam, że trzyma mnie jeszcze mocniej. W swej rączce układał moje palce tak, by było mu wygodniej. Wciąż milczał. By przerwać tę prawie już godzinną ciszę, zapytałam go: „Adasiu, gdzie mieszkasz?”, ale nie odpowiedział … Zaczęłam wymieniać więc nazwy miast: „w Warszawie, Krakowie, Poznaniu?”. Na wszystkie propozycje, przecząco kręcił głową. Wyraźnie było widać, że słowa nie są mu potrzebne, ale konieczna jest moja obecność. Wcześniej myślałam, że dziecku zawsze trzeba coś opowiadać, bawić się, że ono potrzebuje, by z nim cały czas rozmawiać. Adaś uczył mnie zupełnie czegoś innego – głębokiej ciszy… Trwaliśmy więc w milczeniu, które we mnie zrodziło kolejne pytanie, a w małym dziecku – odpowiedź, której nigdy nie zapomnę.
 
„Adasiu, gdzie mieszkasz?” –  zdecydowałam się jeszcze raz na to pytanie. Chłopczyk jakby się przebudził, uśmiechnął, spojrzał w górę i powiedział: „TAM”. − „Gdzie, w szpitalu?” − spytałam zaskoczona, wiedząc, że budynek ma jeszcze dwa piętra. − „Nie” – odpowiedział krótko. „Ale wyżej niż szpital jest przecież tylko Niebo” – zdziwiłam się. – Adaś milczał, ale wyraźnie uradowany moimi słowami, pokiwał twierdząco głową. „W Niebie mieszkasz?” −  wyszeptałam w końcu. − „Tak” – z ulgą powiedział chłopczyk, jakby to było oczywiste. Serce zabiło mi bardzo mocno. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Bardzo przejęta tym, co usłyszałam, poprosiłam go: „To opowiedz mi, jak tam jest, kto jeszcze tam mieszka?”. Maluch jednak znowu zamilkł, więc nieśmiało powtórzyłam pytanie: „Kto tam mieszka − Pan Bóg?” – „Tak” − odparł Adaś, nadal mocno trzymając mój palec. – „Matka Boża?” – „Tak” – odpowiedział z uśmiechem. − „I kto jeszcze − Aniołki? − „Tak” – spojrzał na mnie z uwagą, czekając na kolejne pytanie. Nie wiedziałam, kogo jeszcze wymienić, zapytałam więc ogólnie: „Kto Adasiu jest jeszcze w niebie?”. − „Ty jesteś! – z radością zawołał. − „Jesteś Tam!” – powtórzył. – Teraz ja z wrażenia zamilkłam. − „Czyli, jak nic nie mówisz, to znaczy, że po prostu jesteś w Niebie?” – wyszeptałam po chwili. − „Tak” – uśmiechnął się Adaś, wyraźnie zadowolony.
 
W tym dniu nie odwiedziłam już więcej nikogo. Dzieci zaglądające do sali, widząc, że musi mieć kolejną kroplówkę, zaczęły bawić się same. Ktoś przyniósł małe krzesełko, bym mogła usiąść. Zostałam przy Adasiu aż usnął. Widziałam jeszcze, jak uśmiecha się przez sen. Może znowu widział swoje Niebo, z Panem Bogiem, Matką Bożą, Aniołami … i ze mną?
 
 
Przez następne dni w myślach często powracałam do tej niecodziennej rozmowy… Jak trzeba żyć tutaj na ziemi, by znaleźć się w Adasiowym Niebie, tak blisko Boga, Matki Bożej i Aniołów? To przecież jest celem mojej ziemskiej wędrówki… Czy nie za bardzo skupiam się na tym, co przemijające i chwilowe? Czy jak Adaś wciąż myślę o Niebie, gdzie zaczyna się nowe Życie. Jedno zrozumiałam wówczas na pewno, że dotrę Tam, jeśli swe serce oddam cierpiącym dzieciom, bo w nich oczekuje na nie sam Bóg.
 
Któregoś ranka moje zamyślenie o „niebiańskich sprawach” przerwał dziecięcy głos. – „Monika?!” − wykrzyknęłam zdziwiona, bo dzieci same nie mogły opuszczać oddziału. Dziewczynka była uradowana moim zaskoczeniem, ale w oczach miała łzy. – „Przyszłam cię odwiedzić” − powiedziała na usprawiedliwienie, widząc, że nie jestem sama. Czułam, że wydarzyło się coś, o czym chce mi powiedzieć na osobności. − „Ciocia” − usłyszałam, gdy wyszłyśmy na korytarz. − „Sylwię dziś rano Pan Jezus zabrał do siebie. Ona nie pojechała do domu. Wiem o wszystkim. Mówiła mi kiedyś, że idzie do Niego i na zawsze będzie z Tobą” − wyszeptała jednym tchem, zanim zdążyłam o cokolwiek zapytać.
 
Obie dziewczynki poznałam na onkologii. Monika miała osiem lat, Sylwia dwanaście. Bardzo przyjaźniły się ze sobą. Od dawna chorowały na białaczkę i nie bały się już pobierania krwi. Pewnego dnia w czasie tego zabiegu Sylwia poprosiła mnie, bym po wszystkim układała z nią puzzle tworzące mapę Afryki. Monika była bardzo radosna, cieszyła się, że kiedyś pojedziemy tam razem na wakacje. Sylwia trzymała mnie za rękę i uśmiechała się w milczeniu. Miałam wrażenie, że myślami jest zupełnie gdzie indziej. Niespodziewana wizyta Moniki przypomniała mi to spotkanie i dziecięcą Ciszę, której uczył mnie Adaś. Nie umiałam znaleźć żadnych odpowiednich słów na pocieszenie. Przytuliłam ją więc mocno do serca, odprowadziłam na oddział i opowiedziałam o Adasiowym Niebie. Widziałam, że ta opowieść przyniosła jej ukojenie. „Sylwia na pewno jest szczęśliwa na wiecznych wakacjach, to cieszę się razem z nią, choć tęsknię” – powiedziała mi na pożegnanie.
 
Po pewnym czasie wśród probówek z imionami znanych mi dzieci zabrakło imienia Moniki. Na wakacje wróciła już do swojego domu. Leżące w świetlicy na stole puzzle z mapą Afryki, stały się ulubioną zabawą pięcioletniego Łukasza. Dziewczynka przed wyjazdem zdążyła mu jeszcze powiedzieć o naszych wspólnych zabawach i o swej przyjaciółce, która pojechała na wieczne wakacje. Potem, gdy go odwiedzałam, chłopiec często prosił, bym bawiła się z nim w podróż do Sylwii i opowiadała o Adasiu.
 
Jezus i dzieci. Jezus w Nich… Zapewnienie o obecności nieustannej i wiecznej, najbardziej prawdziwej i pewnej wtedy, gdy staje w obliczu śmierci i zmartwychwstania. Wszystkie moje małe podróże wciąż zawierają się w tej wielkiej, której celem jest Dom Ojca. Nie idę tam sama, nawet wtedy, gdy obok mnie nie widzę żadnego człowieka. Nie widzę, to nie znaczy, że go tam nie ma… By mi o tym przypomnieć, Jezus znowu przywołał dziecko.
 
 
Wróć do spisu treści