Kapelania Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie

Uniwersytecki Szpital Dziecięcy
w Krakowie
pw. NMP Nieustającej Pomocy
Rzymskokatolicka Kapelania
Przejdź do treści
KIEDY CIERPIENIE PUKA DO TWOICH DRZWI

Damian Labiak rozmawia z ks. Lucjanem Szczepaniakiem SCJ, kapelanem Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, doktorem teologii, wykładowcą w Wyższym Seminarium Misyjnym Księży Sercanów w Stadnikach, lekarzem i poetą.
„Rodzina Radia Maryja” (2006) nr 2 (112), s. 7-9.

Kiedy cierpienie puka do drzwi
I ze strachu boimy się je uchylić,
To na zewnątrz czeka Ktoś inny
− Jest nim Bóg…

Damian Labiak: Jest Ksiądz niestrudzonym kapelanem chorych dzieci. Najpierw jednak został Ksiądz lekarzem... Jak to się stało, że fartuch lekarski zamienił Ksiądz na habit?

ks. dr Lucjan Szczepaniak SCJ: Wierzę, że Jezus dał mi szansę bycia bardzo blisko Siebie w dwóch wymiarach: W sakramentach, pośród których szczególne miejsce zajmuje Eucharystia, oraz drugim człowieku, zwłaszcza chorym i potrzebującym pomocy. Zaufałem Jego słowom: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25, 40). Stąd też niczego w swoim życiu nie zamieniłem, zwłaszcza powołania lekarskiego na kapłańskie, ale staram się oczyścić te pierwsze młodzieńcze intencje i do końca wypełnić podjęte zobowiązania. W ten sposób rozumiem również wynagrodzenie za grzechy, które jest wpisane w moje powołanie zakonne i kapłańskie, gdyż wiara byłaby martwa bez uczynków (por. Jk 2, 20). Albowiem służenie Bogu nie polega bowiem na mówieniu o Nim, skupieniu w zaciszu świątyni, zachęcaniu innych do dobra, lecz powinno być wypełnieniem Jego Woli, czasami bardzo trudnej, bo domagającej się od człowieka ofiary całopalnej na wzór Chrystusa. Dlatego heroizm wiary odchodzących dzieci jest tak bardzo zawstydzający, jeśli człowiek zmaga się z wątpliwościami…

D.L.: Choroba i cierpienie należą do tych stron życia, o których chcielibyśmy nie pamiętać... Prędzej czy później stajemy jednak „oko w oko” z diagnozą, która budzi niepokój, zaskakuje, zatrzymuje „w pół drogi”... Jedni buntują się, walczą, inni poddają... Jak stawiać czoła chorobie? Jak godnie cierpieć i... umierać?

ks. L.SZ.: Bez wiary w Boga doświadczenie choroby może stać się brzemieniem zbyt ciężkim dla człowieka, gdyż ono pozbawia go doczesnej radości życia i nie daje nic w zamian. Natomiast chory, który próbuje zaufać Bogu, niczym biblijny Hiob, stopniowo odkrywa zamiary Jego miłosierdzia względem siebie. Wiara nie umniejsza cierpienia, jak sądzą niektórzy, ale pozwala poprzez nie dostrzec Chrystusa. Choroba jest zazwyczaj czasem próby moralnej i duchowej dla cierpiącego i jego otoczenia (por. EV 67). Przezwyciężenie jej jest możliwe, ale wymaga wielu duchowych sił, których udziela Chrystus poprzez sakramentalne namaszczenie i Eucharystię. Godność chorego zakorzeniona jest w Bogu, więc nie można się jej zrzec. Bywają jednak sytuacje, kiedy naruszone jest poczucie tej godności z powodu poważnych zaniedbań i braku pomocy ze strony otoczenia. Wyjątkowo rzadko chory sam sobie jej odmawia, wybierając drogę zła. W praktyce nie można skutecznie zabezpieczyć się przed cierpieniem, które zaskakuje nawet wtedy, gdy jest przewidywane. Jedyną ucieczką jest Bóg, co intuicyjnie wyraża modlitwa autora natchnionego: Spojrzyj, wysłuchaj, Panie, mój Boże! Oświeć moje oczy, bym nie zasnął w śmierci, by mój wróg nie mówił: „Zwyciężyłem go” (Ps 13, 4-5).

D.L.: Czy kiedy ktoś bardzo cierpi, umiera, zdarza się Księdzu słyszeć: „To Twój Bóg! To On jest winny...”

ks. L.SZ.: Brak zaufania do Boga i pobudzanie do buntu przeciw Niemu, opisane jest już w Księdze Hioba w Starym Testamencie. Wobec ogromnego cierpienia tego sprawiedliwego człowieka jego żona nie wytrzymuje próby i w rozgoryczeniu ubliża mu: Jeszcze trwasz mocno w swej prawości? Złorzecz Bogu i umieraj! (Hi 2, 9). W pewnej mierze można ją usprawiedliwić, gdyż brzemię cierpienia jest zawsze większe dla osoby, która kocha chorego niż dla niego samego. Potwierdza to doświadczenie pracy duszpasterskiej z rodzinami terminalnie chorych dzieci. Niewielu spośród rodziców umierających dzieci potrafi bezgranicznie zaufać Bogu, a i ci, którzy ufają, mają wątpliwości... Sprzeciw wobec śmierci dziecka jest wpisany w ich rodzicielską miłość. Czasami przekracza on granice rozsądku i zewnętrznie przypomina atak na Boga i tych, którzy go reprezentują. W istocie nie jest buntem, ale doświadczeniem poczucia głębokiej krzywdy z powodu utraty ukochanej osoby. Wówczas jedynym skutecznym ukojeniem jest wspólne spojrzenie na Krzyż, na którym oddał życie Syn Boga i na Jego cierpiącą Matkę (por. J 19, 25-27).

D.L.: Na pewno zdarzało się „nie zdążyć” do chorego... Co Ksiądz wtedy czuł?

ks. L.SZ.: Sytuacja spóźnienia się na śmierć dziecka nie jest częsta, ponieważ dzieci odchodzą zazwyczaj w wyniku przewlekłej choroby. Zagrożone śmiercią są do niej stopniowo przygotowywane poprzez udzielanie im sakramentów i rozmowę duszpasterską. Natomiast może się to zdarzyć w przypadkach nagłych, gdzie wcześniej nikt tego nie przewidywał. Oczywiście bywały odejścia, przy których mnie nie było, ale nie przypominam sobie dziecka, które umarłoby w grzechu bez łaski uświęcającej. Należy jednak zaakcentować, że w chwili umierania dziecka bardziej jestem potrzebny jego rodzicom, którzy w wielu wypadkach są bliscy rozpaczy, w przeciwieństwie do ich syna lub córki zapatrzonych już w inną nadprzyrodzoną rzeczywistość…

D.L.: Chorzy i ich bliscy często błagają i czekają na cud, on się nie staje. Za mało się modlili, nie byli godni? Czy ich grzechy były zbyt wielkie, a choroba stała się zasłużoną karą?

ks. L.SZ.: Kolejny raz odwołam się do autora Księgi Hioba, który podejmuje niedoskonałą próbę udzielenia odpowiedzi na pytanie: „Jakie są przyczyny niezawinionego cierpienia?” Rozważania te kontynuuje prorok Izajasz, ale umieszcza je w innej perspektywie teologicznej. Opisując cierpiącego Sługę Jahwe, zapowiada przyjście Chrystusa, którego cierpienie i śmierć są najbardziej bezgrzeszne w historii ludzkości. Chociaż w sposób doskonały pełni On wolę Ojca, to przecież wzruszony modli się jak zgnębiony cierpieniem człowiek: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42). Modlitwa ta jest wzorem rozmowy z Bogiem dla każdego, kto spodziewa się tego najgorszego, łącznie ze śmiercią. Stąd też wobec bezsilności ludzkiej pomocy pozostaje od-wołanie się do interwencji samego Boga. Cud zatem jest najbardziej upragnionym zdarzeniem w szpitalu i jednocześnie niezwykle skrupulatnie racjonowanym. Oczekiwanie proszącego o nadprzyrodzoną interwencję dotyczy uchronienia od śmierci i powrotu do pełnego zdrowia. Należy pamiętać, że nawet osoby cudownie wskrzeszone przez Jezusa: córka Jaira, młodzie-niec z Naim i Łazarz, chociaż przywrócone do normalnego życia, w przyszłości i tak musiały umrzeć (por. Łk 7, 11; 8, 49-56; J 11, 1-44) . Przesłanie prośby o cud zawiera w sobie niezwykle silny ładunek emocjonalny. Stąd też czasami Bóg jest traktowany instrumentalnie przez proszącego i prowadzone są z Nim „handlowe negocjacje”, a nawet jest szantażowany. Człowiek błaga, grozi, a kiedy to nie pomaga, składa przyrzeczenia. Zmiażdżony cierpieniem nie potrafi dostrzec i zrozumieć nadprzyrodzonego uzasadnienia cudownego uzdrowienia, którym jest wezwanie do wiary w Boga i umocnienie jej. Kiedy więc dziecko umiera, nie można uniknąć odpowiedzi na pytanie: „Czy Bóg wysłuchał dramatycznej prośby rodziców o cud?” Odpowiedź, mimo wszystko, jest pozytywna: Bóg wysłuchał prośby i umocnił ich wiarę, która potrafi przezwyciężyć pokusę rozpaczy. W wymiarze nadprzyrodzonym ten cud jest o wiele większy od uzdrowienia ciała, chociaż trudny do zrozumienia przez człowieka. Cuda uzdrowienia jednak zdarzają się, ale ich autentyczność powinna być potwierdzona przez Kościół, który dbając o dobro wiernych, czyni to niezwykle rzetelnie. Przed ogłoszeniem cudu brana jest pod uwagę opinia niezależnych zespołów specjalistów i zaprzysiężonych świadków oraz wszystkie towarzyszące mu okoliczności. Natomiast chrześcijanin powinien wierzyć, że każda poprawa zdrowia jest łaską od Boga, a nie wyłącznie cudowne uzdrowienia.

D.L.: Cuda uzdrowienia czasami się jednak zdarzają... Czy zdarzają się też cuda nawrócenia?
ks. L.SZ.: Nawrócenie człowieka jest jednym z przejawów wysłuchania prośby o cudowne uzdrowienie. Jestem głęboko przekonany, że pojednanie z Bogiem ludzi, na których sumieniu ciążą największe występki, łącznie z zabójstwem drugiego człowieka, domaga się o wiele potężniejszej łaski niż wskrzeszenie zmarłego. Oczywiście, oprócz tych ekstremalnych sytuacji, niemal codziennie jestem świadkiem przemiany sposobu myślenia, pogłębienia wiary i ożywienia życia sakramentalnego, zwłaszcza wśród opiekunów chorych. Wierzę, że dzieje się to dzięki świadomemu wynagrodzeniu ze strony niewinnie cierpiących dzieci. Staje się to też inspiracją dla osobistego rachunku sumienia dotyczącego zdolności do podobnego zachowa-nia.

D.L.: Cierpienie dotyczy także rodziny chorego. Mawia się: „Wyleczyć czasem, przynosić ulgę często, pocieszać zawsze”. Jak rozmawiać z chorym, by rozmowa stała się rzeczywiście „lekarstwem”? Jak uczyć się trudnej sztuki współczucia, by nie stało się ono upokarzającą chorego litością?
ks. L.SZ.: Rozmowa jest źródłem pokoju tylko wówczas, jeśli rozmówca obdarzony jest zau-faniem i posiada moralny autorytet do podjęcia tego dialogu. Powinien on również mieć od-powiednie doświadczenie, żeby nie stać się przyczyną dodatkowych cierpień. Współcześnie panuje moda, aby rozmawiać o cierpieniu i śmierci w oderwaniu od Boga i jego miłości do człowieka. Uprawianie tego rodzaju psychologizmu nie zaspakaja pragnienia nadziei, której źródłem jest tylko Bóg. Skuteczność rozmowy uzależniona jest również od czystej intencji i solidarności z chorym. Skoro przysłowiowy kubek wody – symbol dobrego uczynku – powi-nien być podany w imię Jezusa (por. Mk 9, 41), aby człowiek nie poczuł się upokorzony, to tym bardziej odnosi się to do słowa, które powinno być lekarstwem.

D.L.: Czego może nas nauczyć cierpienie innych? Pisał Ksiądz w swoim (poświęconym umieraniu dzieci) artykule, że chore dziecko może paradoksalnie stać się „terapeutą” dla swoich, pogrążonych w bólu rodziców... Jak to możliwe?
ks. L.SZ.: Pośród rodziców chorych dzieci można spotkać takich, którzy nie są przygotowani do swojej roli. Wówczas odczuwają oni bezradność wobec zaskakujących ich zdarzeń związanych z chorobą terminalną. Stąd też nie potrafią ukryć przed dzieckiem swojego lęku. W relacjach rodzinnych wyczuwa się wyraźne napięcie, którego nie jest w stanie rozładować nawet personel medyczny. Dziecko jest również zaniepokojone, a czasami ma poczucie winy z powodu kłopotów związanych z jego chorobą, zwłaszcza konfliktów prowokowanych przez niedojrzałych rodziców. Kochając ich, stara się im pomóc, uspokaja, ukrywa przed nimi swoje dolegliwości i usprawiedliwia ich złe zachowanie przed otoczeniem. W ten sposób cierpi podwójnie, dźwigając ciężary zarezerwowane dla dorosłych. Takie umierające dziecko najle-piej charakteryzują słowa Pisma Świętego: Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości. A ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca […] (Mdr 4, 13-14).

D.L.: Bardzo dziękuję za rozmowę.



Wróć do spisu treści